15. 04. 2016

Będąc dzieckiem chyba każdy marzył o znalezieniu skarbu. Na strychu, w ogrodzie, na plaży czy w lesie. Już samo szukanie było frajdą. Podobno w życiu właśnie o to chodzi - aby króliczka cały czas gonić, a nie złapać... No, a co jeśli króliczek sam się złapie i dzieje się to na naszych oczach?


Ostatnio po raz kolejny słyszałem o uczciwym człowieku, który znalazł cenną rzecz i jej sobie NIE przywłaszczył. Tym razem był to kilkunastoletni chłopak, który znalazł torbę z laptopem i dokumentami na przystanku autobusowym. W odpowiedzi na ogłoszenie oddał zgubę właścicielce, a ta, oprócz wręczenia znaleźnego, postanowiła nagłośnić jego obywatelską postawę w mediach.

Niby nic wielkiego. Żaden tam heroizm, a jednak robi wrażenie. Prawda? Tylko pytanie: dlaczego? Czyżby uczciwość dzisiaj zasługiwała na specjalną uwagę?

Czy bycie fair aż tak się wyróżnia na tle otaczającej nas rzeczywistości?

Czy to znaczy, że wśród nas jest aż tak dużo osób, które postąpiłyby inaczej, czytaj: przywłaszczyłyby sobie znalezioną rzecz?

Od niedawna obowiązują nowe zasady regulujące działania w przypadku znalezienia czyjeś własności. Teraz biuro rzeczy znalezionych nie przyjmie zguby wartej mniej niż 100 zł. Natomiast, gdy jej wartość będzie przekraczać 5 tys. zł, to wtedy ogłoszenie o znalezieniu powinno się ukazać w prasie. Cały czas należy się również tzw. "znaleźne", czyli dowód wdzięczności w wysokości 10 procent wartości znalezionego przedmiotu. Dodatkowo, jeśli znajdziemy jakąś rzecz lub gotówkę i nie zgłosi się ich właściciel, to po dwóch latach zguba zostanie przekazana znalazcy, a nie trafi jak dotąd do skarbu państwa.

Jak widać obywatelska postawa się opłaca. I tak pracownicy rzeszowskiej gazowni, którzy w czerwcu ubiegłego roku zgłosili znalezioną gotówkę w wysokości 200 000 złotych, w najgorszym wypadku otrzymają 20 000 złotych znaleźnego, a optymistyczny scenariusz zakłada przejęcie całej kwoty.